Moja historia z wrocławskimi kinami zaczęła się nietypowo, bo w Lubuskiem, w Łagowie, znanym szerzej w związku z Lubuskim Latem Filmowym, ale ja nie o tym. Jako licealistka dostałam wakacyjną fuchę – przez miesiąc mieszkałam w kinie Świteź, a popołudniami zasiadałam w kasie tego przybytku i sprzedawałam bilety. Było lato, gorące, to i repertuar musiał być upalny – w Świtezi przez miesiąc na okrągło puszczaliśmy „Dziewięć i pół tygodnia”, pościelowy romans z Kim Basinger i Mickeyem Rourke. Sala zazwyczaj świeciła pustkami, a ja jako pilnująca porządku oglądałam ten przebój co wieczór (chyba że z braku chętnych seans trzeba było odwołać). Był to zatem film, który obejrzałam chyba dwudziestokrotnie, co sprawia, że w tych zawodach, w moim przypadku odpadają i „Miś”, i „Sami swoi”, i „Kevin sam w domu”. „Dziewięć i pół” wyświetlał kinooperator pan Jacek, który na co dzień pracował we wrocławskim Lwowie – kiedyśmy się po miesiącu rozstawali obiecał, że jak przyjadę na studia do Wrocławia, wpuści mnie na każdy seans. I tak się też stało, dzięki czemu nie tylko ja, ale cała, czasem spora grupa biednych polonistów, moich przyjaciół, miała szansę oglądać Konfrontacje, często z kabiny projekcyjnej, przez małe okienko – na pewno bywali tam ze mną Malwin Biegańska, Maciek Biegański, pewnie Elżbieta Kwak, Klemenatyna Suchanow, Tomek Wysocki, Jacek Lis. Lata później spotkałam pana Jacka w DCF-ie i tak ta trzydziestoletnia historia się zamknęła. Dzisiaj myślę sobie, że miałam ogromne szczęście, trafiając do Wrocławia w momencie, kiedy swoje kino (często niejedno) miała każda dzielnica. Myśmy właściwie poznawali Wrocław, wędrując śladem tych adresów – do Famy na Psie Pole, do Polonii na Żeromskiego, do Oka na Pretficza itd. Pamiętam Śląsk w dzisiejszym Capitolu, salę kinową w Lalkach, i Pioniera na Jedności, gdzie – jak na Nocnym Szaleństwie w Nowych Horyzontach, tyle że wtedy prawdziwe szaleństwo – z początkiem seansu dało się słyszeć charakterystyczny syk otwieranych butelek z piwem (choć piwo było na sali najniewinniejszą z używek), a publiczność dawała upust żywym reakcjom na to, co działo się na ekranie – od zachwytu po zniechęcenie.

 

Wspomnienia dziennikarki Magdy Piekarskiej

Zostaw po sobie ślad

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *