Najwcześniejsze wspomnienie kinowe to poranki w malutkiej sali domu kultury w miejscowości Jasień. Dziadek Lucjan dawał mi piątkę z rybakiem, było na bilety i lody po kinie. Potem gorycz w gardle, gdy mnie, młodocianego karatekę, bileterka pogoniła spod drzwi gubińskiej Iskry, gdzie grali „Wejście smoka (bo to dla dorosłych). Chciałem jej zasunąć z mawashi geri. Studia i przyjazd do Wrocławia i przyjaźń z Magda Piekarska sprawiły, że rozsmakowałem się w kinie. Magda namawiała mnie, Elżbietę Kwak i Jacka Lisa: „Idziemy do Polonii, jest przegląd Jarmuscha, Polańskiego, kino włoskie, hiszpańskie, brytyjskie, francuskie, amerykańskie”. Potem zaliczałem już wszystkie ówczesne, pachnące i te mniej pachnące, wrocławskie kina.

W sali kinowej w Lalce po raz pierwszy usłyszałem na widowni szczery szloch nad losem bohaterek. To było „Kochana Emmo, droga Bebe” o trudnym życiu nauczycielek rosyjskiego na Węgrzech w dobie zmian ustrojowych. Zdarzało się, że dialogi na żywo czytał lektor siedzący obok widzów. Tak oglądałem „Moje noce są piękniejsze niż wasze dni” Żuławskiego, grany po francusku z angielskimi napisami. Po 10 minutach seansu na widowni ludzie zaczęli szeptać, z czasem coraz głośniej. Lektor przerwał czytanie listy dialogowej: „Pogubiłem się, przepraszam. Zacznę od tego momentu”.

Nie zapomnę „Psów” w Gigancie, „Męża fryzjerki” w Dziennikarzu. Dawna Warszawa również musi być na tej liście. To chyba tam, o ile się nie mylę, pod kasą spotkałem zdenerwowaną parę. On ją przekonywał, że pomylił kina, że na „Amelię” pójdą następnym razem, że jak są na miejscu, to nie ma co dalej szukać: „Zgoda, kochanie? Super, kocham Cię, jesteś cudowna. To poproszę dwa bilety na „Tytusa Andronikusa”. To było piękne, ciepłe popołudnie.

Tomek Wysocki

Zostaw po sobie ślad

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *